⚔ Kroniki Kampanii
Załóż darmowe konto i sprawdź nasz system kampanii

‹ Lore Kings of War

Opis frakcji: Nightstalkers – Ucieleśnione koszmary

Złe sny, bajki na dobranoc i lęki śmiertelnych, które zza zasłony między światami szukają drogi do Pannithoru. Skąd wzięli się Nightstalkers, czym się karmią i co wydarzyło się tamtej zimy pod Tarisios.

W każdej wiosce Pannithoru jest jakaś bajka na dobranoc, której dzieci boją się najbardziej. O czymś, co mieszka w najciemniejszej części lasu i żąda ofiar. O cieniu przy cmentarnym murze. O stworze, który przychodzi nocą i zabiera niegrzeczne dzieci tam, skąd nikt nie wraca. Rodzice opowiadają je, żeby maluchy nie wychodziły po zmroku z domu. Potem dzieci dorastają i zapominają.

Tylko że nie do końca. Gdzieś głęboko strach zostaje. A po drugiej stronie zasłony, która oddziela świat żywych od tego, co leży za nim, coś na ten strach czeka. Ma tysiąc kształtów i każdy z nich ktoś już kiedyś widział – w najgorszym śnie swojego życia.

To są Nightstalkers.

Część pierwsza: Konklawe Niebios

Uczniowie Oskana

Historia Nightstalkers zaczyna się w Czasie Światła, w czasach, gdy Celestianie – bogowie, którzy przybyli do Pannithoru spoza gwiazd – chodzili jeszcze wśród śmiertelnych, a elfy były u szczytu swojej potęgi.

Konklawe Niebios było jednym z najdziwniejszych przedsięwzięć elfiej cywilizacji. Tajne, wyrafinowane, poświęcone badaniu wyższej świadomości i natury boskości. Jego członkowie byli arcymagami i uczonymi, a największy triumf przyszedł wtedy, gdy zainteresował się nimi jeden z Celestian. Młody, pozornie ciekawy świata. Nazywał się Oskan.

Oskan zdawał się czuć z elfami jakąś więź. Napomykał o wielkich zmianach, które wkrótce nadejdą, i o wspaniałych darach, jakie spłyną na świat śmiertelnych. I zaczął ich uczyć. Pokazywał arcymagom ścieżki między światami, uczył ich chodzić śladami bogów. Wyprowadzał ich coraz dalej od ciał i sprawdzał wytrzymałość ich umysłów – dla własnej rozrywki.

Dzień, w którym pękło Lustro

Pewnego dnia Oskan zaprosił całe Konklawe dalej w głąb ścieżek niż kiedykolwiek wcześniej – aż poza mgły czasu. Szedł przodem, a elfy, z niemal dziecięcą radością, podążały za nim, żeby zobaczyć cuda gwiazd i inne, niewyobrażalne plany istnienia.

I wtedy Elinathora, ludzka szlachcianka, rozbiła Lustro Fenuliana – zaczarowane zwierciadło, które elf Calisor Fenulian zbudował za radą Oskana, żeby zdobyć jej serce.

Wybuchł chaos. Po ziemi i niebie przetoczyła się burza czarnoksięskiej mocy, a wielu Celestian rozdarło na dwoje – na szlachetne Shining Ones i mroczne Wicked Ones. Kiedy pękało ciało Oskana, fala kosmicznej energii zmiażdżyła ciała, umysły i dusze elfów, którzy byli wokół niego. Śmiertelne ciała arcymagów stały się przewodem dla tej niszczycielskiej mocy – i epicentrum wybuchu, który zrównał z ziemią miasto, w którym zebrało się Konklawe. Dusze wszystkich jego mieszkańców i wszystkich żywych istot na wiele mil wokół wyrwało ze świata śmiertelnych i rozrzuciło po niezliczonych wymiarach. Krzyki ofiar poniosły się echem przez czas i przestrzeń.

A Oskan pożywił się chciwie umysłami, które tak okrutnie złożono mu w ofierze. Tak narodził się ten, którego świat wkrótce nazwał Ojcem Kłamstw.

Przydomek przyniosły mu pierwsze czyny Wojny Bogów, która wybuchła po rozdarciu: udając równie zranionego i zagubionego jak inni, zdobywał zaufanie kolejnych Shining Ones, a potem zabijał ich ukrytym sztyletem. Ale pierwszymi, którzy zapłacili za jego kłamstwa, byli jego właśni uczniowie. Elfy z Konklawe nie umarły. Nie żyją też. Zostały gdzieś pomiędzy.

Rana w tkance świata

Koniec Wojny Bogów przyniósł kolejną ranę. W ostatnim pojedynku Domivar, syn Celestianina Mescatora, wyrwał Oskanowi topór i uderzył nim w ziemię. Tak powstała Otchłań, piekielna rozpadlina, w której zamknięto Oskana i pozostałe Wicked Ones. Ale ten cios rozpłatał nie tylko ziemię, lecz i tkankę samego wszechświata. Ścieżki między rzeczywistościami poskręcały się, poplątały i nabrzmiały mocą. W niektórych miejscach zasłona między światami zrobiła się tak cienka, że w powietrzu migotały cienie niezliczonych dziwnych stworzeń.

Otchłań nie jest jedynym takim miejscem w Pannithorze, ale to jej moc – raz rosnąca, raz słabnąca – przyciąga i odpycha istoty zza zasłony. Tam, za kruchymi barierami między rzeczywistościami, gromadzi się i czai to, czego nie da się sobie wyobrazić, i rozpaczliwie szuka wejścia do świata żywych.

To resztki dusz wyrwanych ze świata w chwili, gdy narodził się Ojciec Kłamstw. I to, co spotkały w swojej wędrówce.

Część druga: sny, które nabrały ciała

Głód

Nightstalkers to coś więcej niż zwykłe duchy, których w świecie przesiąkniętym magią, nękanym wojnami i dotkniętym przez samych bogów nie brakuje. To sny, koszmary, lęki i zgrozy śmiertelnych, którym udało się przybrać kształt. Potwory z najciemniejszych lasów, które żądają ofiar od zabobonnych wieśniaków. Złe znaki, które stały się prawdą.

Karmią się najsilniejszymi uczuciami śmiertelnych: strachem, nienawiścią i dumą. Ich esencja wgryza się głęboko w ludzką psychikę, więc każde przejście przez zasłonę zostawia w świecie trochę więcej z nich – nasiona zakopane w czyjejś głowie. Gdy moc Otchłani znowu wzbiera, te nasiona gwałtownie kiełkują, aż mroczne kształty wyrywają się ze swoich żywicieli i zaczynają terroryzować okolicę. Czasem zbierają się w ogromne zastępy niewyobrażalnych potworności. Przychodzą z cienia i żywią się strachem, który biegnie przed nimi.

Kiedy słabnie ich oparcie w świecie fizycznym, czepiają się rozpaczliwie ciał zmarłych, a nawet nieumarłych. To po części tłumaczy, dlaczego tak często widuje się upiory na cmentarzach i starych pobojowiskach. Takich nieszczęsnych duchów szukają nekromanci, bo jeśli uda się je związać, mogą nauczyć adepta czarnej magii bardzo wiele. Tylko że związanie ich to zadanie przerażająco trudne i śmiertelnie niebezpieczne.

Każdy widzi swoje

Nightstalkers przybierają rozmaite kształty, a różne ludy często widzą je inaczej – zależnie od przesądów i lęków danej kultury albo samego człowieka. Bywają też ohydnym wypaczeniem ciała, które kiedyś mieli. Są wśród nich najróżniejsze istoty, tak jak różne były te, z których powstały, a niektóre wciąż kształtują okruchy wspomnień i osobowości, jakie im zostały.

Nikt nie wie, ile – i czy w ogóle cokolwiek – zostało w nich z elfów Konklawe. To istoty zrozpaczone i udręczone, którym ta okrutna półegzystencja odmówiła i życia, i śmierci, i które dawno postradały zmysły.

Gwiezdni bogowie

Zdecydowana większość zastępów to puste resztki dalekiej przeszłości Pannithoru. Ale przez zasłonę przechodzą za nimi rzeczy znacznie straszniejsze.

Przychodzą z innych planów, innych wszechświatów, a nawet z innych światów poza czasem i przestrzenią. Są obce, zimne i niepojęte, a ich pokręcone kształty przemawiają do mieszkańców Pannithoru na jakimś pierwotnym poziomie, który mało kto potrafi zrozumieć. Najstarsze elfy wierzą, że te stwory służą olbrzymim, prastarym istotom, które kiedyś były bogami. Czczono je jeszcze przed Celestianami, w kulturach na szczęście zapomnianych, wymarłych na długo przed tym, zanim starsze ludy zaczęły spisywać swoje dzieje. Elfy szepczą ich imiona, prawie niemożliwe do wymówienia: Ch'wthall'thoi. Tsatt'huul, demon strachu.

Strach przed tymi mrocznymi gwiezdnymi bogami i ich sługami przetrwał, jakby był zapisany we krwi, choć nikt już nie wie, skąd się wziął. Sam ich widok potrafi doprowadzić słabsze umysły do szaleństwa. Idą za cieniami do miejsc, gdzie zasłona jest cienka, i wypatrują w Pannithorze nowego świata do podbicia i nowych dusz do pożarcia.

Część trzecia: zastępy cienia

Brama rozpaczy

Czasem, gdy moc Otchłani jest silna, sama obecność Nightstalkers rozdziera tkankę rzeczywistości i otwiera bramę między wymiarami. Moc Otchłani wlewa się przez takie rozdarcie, które kipi i wrze w powietrzu. Patrzeć na nie wprost jest bolesne. Kątem oka widać coś w rodzaju klatki z lśniących, czarnych węży, które wiją się i krzyczą w wiecznej agonii, a po rozdarciu tańczą fioletowe błyskawice, karmiąc istoty wokół mroczną energią.

Z takiego portalu zastępy cienia wylewają się na świat w bełkoczącej, wrzaskliwej eksplozji strachu. Przed nimi niesie się ujadanie widmowych ogarów. Nad nimi – mrożące krew w żyłach wrzaski banshee.

Echa Konklawe

Najliczniejsze są Spectres – puste resztki dawno zmarłych. To one nawiedzają miejsca, gdzie chowa się umarłych: żałobne, upiorne postacie w płaszczach z mgły i cienia. Są tchórzliwe, więc trzymają się w zajadłych zgrajach i smagają każdego śmiertelnika, który podejdzie za blisko, mackami mgły wysysającej duszę. Nie są do końca cielesne – istnieją po części w tym świecie, a po części w innym. Ich obecność często zapowiadają kłębiące się roje rozdętych krwawych robaków, które zbierają się wokół ofiar i wysysają krew z martwych i umierających.

Spośród ich mgły wyłaniają się Scarecrows. Powłóczą nogami jak trupy i zawsze są tuż za plecami – choćby nie wiem jak szybko się biegło. To one stanowią trzon każdego najazdu, zbierając się w ogromne hordy, które zalewają ofiarę samą liczbą. Swoją nazwę zawdzięczają narzędziom rolniczym i łachom, które ze sobą noszą. Po co – tego nikt nie potrafi pojąć.

Doppelgangery są bez twarzy, milczące i przerażające do szpiku kości. Jakkolwiek rozpaczliwie walczyłby wróg, odpowiadają mu cios za cios i obracają jego własny strach przeciw niemu. W miarę jak walka trwa, żołnierze z grozą patrzą, jak ta nieziemska piechota powoli się zmienia, coraz bardziej do nich podobna – aż w końcu spoglądają we własne, wyszczerzone twarze. Gdzie pojawiają się Doppelgangery, tam ludzie szybko przestają sobie ufać i dochodzi do krwawych mordów.

Phantoms to zjawy, które wyglądają jak unoszące się w powietrzu ciała w płaszczach. Spod zsuniętych do połowy kapturów wyzierają krzyczące, zakrwawione czaszki ludzi uwięzionych między światami. Często widać, jak wciągają swoje ofiary we własne cieniste ciała – na los, o którym lepiej nie wiedzieć.

Myśliwi w ciemności

Wiele Nightstalkers ciągnie do silnych ludzkich uczuć, takich jak gniew i strach. Tropią swoje ofiary przez wiele wymiarów, a potem wyłaniają się w świecie śmiertelnych i rozrywają je na strzępy albo porywają do swoich mrocznych krain.

Reapers, uzbrojeni w gąszcz paskudnych szponów, odnóży i kos, nawiedzają sny tych, którzy brzydzą się bezmyślną przemocą, torturami i bólem – i za wszelką cenę chcą sprowadzić na nich to, czego najbardziej się boją. Na polu bitwy gonią tych, którym puściły nerwy i którzy uciekają.

Shadowhounds to wielkie, czarne, dwugłowe psy o kłapiących szczękach i sierści zlepionej plugawą ektoplazmą. Polują stadami. Ci, którym udało się uciec, jeszcze długo po przebudzeniu słyszą w głowach ich wycie. Ci, którzy nie byli dość szybcy, zostają pożarci, a ich krzyczące czaszki na zawsze szczerzą się ze skór ogarów.

Butchers to zabójcy bez finezji i bez litości. Wielu widzi w nich koszmarną krzyżówkę ogra, golema i kałamarnicy, z ogromnymi tasakami w wielu dłoniach, ociekającymi krwią. Shadowhulks to tytani eteru – dawne olbrzymie cyklopy – a może kilka cyklopów naraz, stopionych w jedno. Ze śmiertelnych ciał zostało niewiele: są pokryte sączącymi się wrzodami, dodatkowymi pyskami i kolcami, a dłonie zrosły im się w bezmięsne bryły kości. Teraz wypełnia je głód pustki.

Najmniejsza szczelina wystarczy, żeby zaprosić Needle-fangs. Wlewają się przez dziurki od klucza i spod drzwi, płynąc w stronę jedzenia – czarna fala pełzających, bezkształtnych stworków i złośliwych, wiecznie głodnych chochlików. Soulflayers to śmierć wcielona: jeżdżą na upiornych wierzchowcach, których sześć demonicznych kopyt płonie zimnym, niebieskim ogniem. Niosą ich niewidzialne strumienie zła, które przeciekają z innego planu, i potrafią przywołać lodowate wichry, które mrożą ciało, ale zostawiają umysł żywy i świeży – na później.

Nawet morskie stworzenia nie uniknęły podstępu Oskana. Głębiny i rowy oceanów nie były schronieniem przed katastrofą. Terrors to nieszczęsne resztki takich istot: groteskowe masy tłuszczu i śluzu z przypadkowymi kawałkami krakenów, którymi może kiedyś były.

Istoty z pustki

A z pustki przychodzą wysłannicy dawnych gwiezdnych bogów. Jeśli kiedykolwiek byli śmiertelni, to musiała to być jakaś dziwaczna forma życia, której w Pannithorze już nie ma. Rzeczy, których nie da się opisać ani nazwać, od wieczności żyją w wymiarach między światami. Może znali je Celestianie, kiedy sami wędrowali wśród gwiazd.

Niektóre mają coś w rodzaju inteligencji. Void Lurkers rozumieją dość, by wyczuwać rozdarcia w tkance wszechświata i umieć je odnaleźć. Przyczepiają się do Nightstalkers, którzy wlewają się do rzeczywistości, i tutaj zastygają w niedopasowane, przerażające kształty – takie, które najlepiej zaspokoją ich nienasycony apetyt. Za nimi idą Planar Apparitions, które nie potrafią długo utrzymać się w żadnym planie rzeczywistości. Migoczą, raz są, raz ich nie ma, więc trudno je dostrzec i zniszczyć, a przez cały ten czas przepuszczają kapryśną mroczną energię światów cienia, które leżą za Otchłanią.

Fiends żywią się nienawiścią i zazdrością. Ciągnie je do tych, którzy knują zemstę i przędą sieci kłamstw. Najprzebieglejsi i najbardziej pozbawieni skrupułów politycy, najpotężniejsi bossowie półświatka, wszyscy, którzy tkają kłamstwa i nieufność – dla najsilniejszych Fiends są jak latarnie. To przerażające, pajęczopodobne potwory o jadowitych kłach i chitynowym pancerzu, który nie odbija światła. Czekają w cieniu, patrzą, uczą się słabości ofiary, powoli zatruwają jej myśli i żywią się jej strachem przed porażką. A gdy nadejdzie właściwa chwila, przeciskają się przez najmniejsze pęknięcie w skórze wszechświata. Intrygant po prostu znika. Nikt go już nigdy nie zobaczy.

Część czwarta: bez przywódców

Złośliwe umysły

Nightstalkers nie mają przywódców w sensie, który śmiertelnik byłby w stanie zrozumieć. Niektóre dusze zachowały więcej z siebie albo są po prostu bardziej złośliwe od innych i prowadzą pobratymców na rzeź. Ale lojalność i przywództwo to dla tych istot pojęcia zupełnie obce. Większość po prostu naśladuje inne, jak zwierzęce stado.

Horrory

Nie wszyscy, których pochłonęła katastrofa Konklawe, byli elfami. Pokraczne, zdeformowane Horrors były kiedyś delegacją krasnoludzkich kapłanów kamienia, którzy przybyli do elfich szkół magii z wizytą – dyplomatyczną i naukową. Akurat wtedy, gdy pękło Lustro.

Z szanowanych, mądrych czarodziejów została tylko mglista karykatura. Przez ich połamane, wykrzywione ciała przepływają gorzkie wiatry światów cienia. Czasem kilka Horrorów ciągnie do siebie nawzajem i wtedy wyją wspólnie swoje plugawe inkantacje, wciągając do świata śmiertelnych coraz więcej z krainy cienia.

Banshee

Banshee to ohydny duch, który połyskuje szronem – strzaskane resztki ducha i umysłu elfiej królowej-maga. Nad polem bitwy rozlega się wściekły, gorzki wrzask banshee, a jego siła odpycha wrogów niemal jak fizyczne uderzenie.

Ci, przed którymi nie chroni zbroja

Przed atakami Mind-screech, które wdzierają się prosto do głowy, zbroja na niewiele się zdaje. Ofiary padają na ziemię i krzyczą bezgłośnie, przyciskając dłonie do krwawiących uszu. Towarzysze nie są w stanie im pomóc. A potem i oni czują to w swoich głowach…

Butcher Fleshrippers to rzeź wcielona. Atakują wszystko, co znajdą, rozrywając ofiary na krwawe strzępy w orgii przemocy. Jakimś sposobem ta jatka podsyca szał innych Butchers wokół, aż wpadają w furię, przed którą nikt nie ucieknie. Reaper Souldrinkers są najokrutniejsi ze swojego rodzaju. Ich głód bólu i strachu jest tak wszechogarniający, że pożerają dusze ofiar w całości – a niewyobrażalna groza i męka takiej chwili tylko wzmaga ich straszliwy apetyt.

The Dream Hunter

Dream Hunter wyrywa sny i dusze mieszkańcom Pannithoru, żeby wykarmić siebie i Nightstalkers wokół. Od dawna jest bajką na dobranoc, którą straszy się małe dzieci we wszystkich kulturach, i nosi wiele imion. A drogę do świata otwierają mu ci, którzy jako dzieci bali się go najbardziej i nie przestali się bać, gdy dorośli. Bajki są kluczem do umysłu.

Wizyta Dream Huntera to sen o paraliżu i bezradności, w którym esencja śniącego wysącza się przez pory jego bezbronnego ciała. Ci nieszczęśnicy, którzy przeżyją, budzą się niemi, bez uczuć, martwi dla świata – i stają się wyrzutkami.

Część piąta: zima pod Tarisios

Jak wygląda najazd Nightstalkers, najlepiej widać na tym, co wydarzyło się pod Tarisios w Basilei – królestwie ludzi, którym rządzi Hegemon, król i najwyższy kapłan zarazem. Dla Basilejczyków to opowieść o wierze i odwadze wysokiego paladyna Ecquitara. Ale można ją opowiedzieć także od strony cienia.

Tarisios jest kupieckim sercem Nova Ardovakio, jednej z najdalszych prowincji Hegemonii i bramy do Młodych Królestw, Królestw Następców i feudalnych krain dawnego Primovantoru – niegdyś największego z ludzkich państw. Hegemonia dobrze to miasto strzeże. Przed śmiertelnymi wrogami.

Zaczęło się w szczególnie ciężką zimę, gdy śnieg odciął wiele okolicznych wsi. Stare opowieści – o cieniach nawiedzających pobliskie cmentarze, o istotach z lasu, które nocą porywają dzieci – nagle zaczęły brzmieć mocniej niż kiedykolwiek. Wieśniakom z wiosek oddalonych od siebie o wiele mil zaczęły się śnić te same koszmary: bestie z cienia, śliniące się upiorne ogary, a najgorsze ze wszystkiego – wielookie, mackowate rzeczy, które bezgłośnie unoszą się w ciemności. Wkrótce te same sny nawiedziły mieszczan, aż nocne krzyki niosły się po całym mieście.

Paladyni najpierw podejrzewali magię Otchłani. Tymczasem wioski, folwarki i strażnice gasły jedna po drugiej jak świece. Gońcy wracali, mówiąc o ścianach nienaturalnej, atramentowej mgły. Jeśli w ogóle wracali. Odcięci od świata mieszczanie stłoczyli się za murami, a strach wisiał w powietrzu tak gęsty, że niemal dało się go dotknąć. Dla istot, które się nim karmią, było to jak zapach uczty.

Aż pewnej nocy cień nadszedł ze wszystkich stron. Sączył się z ziemi, spływał z Copper Hills, wypełzał spomiędzy drzew lasu Galahir – czarniejszy od otaczającej go ciemności. Wiły się w nim, pełzały i podrygiwały ohydne kształty, a tysiące lśniących oczu wpatrywały się w miasto zimnym, nieludzkim wzrokiem. Kto na nie spojrzał, rozpoznawał potwory, których bał się od dziecka. A z każdym szlochem strachu cieniste wojsko rosło, nabierało siły i podchodziło bliżej.

Kiedy dowódca garnizonu, Ecquitar, wyprowadził straż miejską za mury, cienie się rozstąpiły. Czarne kształty przemykały po ziemi. Zabójcy o bezwładnie rozdziawionych szczękach wyłaniali się z mroku, znikali i pojawiali się znowu w samym środku basilejskich szeregów. Blade, z początku piękne postacie wywabiały żołnierzy z szyku, a potem zamieniały się w potwory o trupich czaszkach i krzyczały tak, że ludziom wypalało umysły. Za nimi czaiły się ogromne bestie z cienia, chitynowe i straszne, o niezliczonych oczach pełnych obcej inteligencji. Obrońcy padali, aż na polu zostali tylko paladyni i siostry zakonne – krąg światła w nieskończonej ciemności.

Ecquitar zauważył jednak to, co najważniejsze: istoty, które żywią się strachem, słabną od odwagi. Z każdym jego krokiem naprzód cienie traciły siłę. Z każdą modlitwą któryś z nich migotał, jakby miał zgasnąć. Na jego rozkaz siostry, osłonięte pierścieniem paladynów, przestały walczyć i zaczęły śpiewać na chwałę aniołów – i nie okazały strachu nawet wtedy, gdy dosięgły ich kły widmowych ogarów i kosy upiorów. Ich śpiew ściągnął anielski zastęp, jasny jak świt. W jego blasku ludzie odzyskali odwagę, a broń, która wcześniej przechodziła przez cienie bez śladu, zaczęła ranić.

W samym sercu hordy czekała istota z pustki. Szeptała Ecquitarowi jego najgłębsze lęki, zmieniała się w rzeczy, których wolałby nigdy nie widzieć, aż w końcu dosięgła go szponami z czystej ciemności. Paladyn uderzył mimo to. Istota wrzasnęła tak, że pozostałe cienie zaczęły się rozwiewać, a wszyscy Basilejczycy padli na ziemię, ściskając głowy. Kiedy doszli do siebie, nie było już nic – tylko cienie przemykające na skraju wzroku. Na wschodzie wstawało słońce.

Nightstalkers odeszli. Ale coś po sobie zostawili. Ecquitar poczuł w sobie ciemność, ziarno zła i strachu, które toczyło jego wiarę. I ze wstydu nikomu o tym nie powiedział.

Część szósta: cień

Po każdym takim najeździe śmiertelnikom trudno pojąć, co się właściwie stało. Gwałtowna przemoc, zniszczenie – a potem moc Otchłani słabnie i wszystko rozwiewa się jak cienie o wschodzie słońca. Nagle widmowy wróg wydaje się nie groźniejszy od złego snu czy bajki dla dzieci.

To złudzenie. Z każdym najazdem kolejne Nightstalkers zakopują się w psychice niczego nieświadomych żywicieli i zdobywają w prawdziwym świecie mocniejszy przyczółek. A furtek przybywa. Shadow Paths – ścieżki, którymi leśne elfy Sylvan Kin i istoty Fey z Twilight Glades mogą dojść w każde miejsce świata – po ostatnim rozroście Otchłani falują i pękają, otwierając na chwilę bramy do pustki i do światów szaleństwa. Podróżni muszą tam dziś bardzo uważać. Na dalekim południu, za Cracked Lands, rośnie Southern Rift – rozpadlina, która, jeśli nikt jej nie zatrzyma, stanie się pustką na miarę samej Otchłani. Wiedźmy Twilight Kin, elfów o mrocznych sercach, celowo przywołują Nightstalkers. A do tego jest jeszcze zwykły strach, który mieszka w każdym śmiertelnym umyśle.

Krok po kroku, dusza po duszy, Nightstalkers zdobywają teren. Bo kiedy dość z nich zakotwiczy się w świecie żywych, nie będą już musieli czekać na kaprysy Otchłani, żeby przyjść w pełnej sile.

A kiedy ten dzień nadejdzie, cały Pannithor utonie we wrzeszczącym cieniu.

Do tego czasu będą czekać tam, gdzie zawsze. Na skraju wzroku. W bajkach na dobranoc. W ciemności pod łóżkiem, o której dorośli mówią dzieciom, że jest pusta.

Artykuły piszemy po godzinach, bez reklam. Jeśli ten Ci się przydał, ☕ postaw nam kawę.

Komentarze (0)

Nikt jeszcze nie skomentował.

Komentować mogą zalogowani gracze. Zaloguj się