⚔ Kroniki Kampanii
Załóż darmowe konto i sprawdź nasz system kampanii

‹ Lore Kings of War

Kroniki Pannithoru, cz. 5: Epoka Lodu i Wielka Powódź

Wicked Ones siedzieli zamknięci w Otchłani, a świat próbował się pozbierać. Wtedy przyszło zimno. Opowiadamy o Winter, która uciekła z więzienia, o Valandorze, bohaterze trzech ludów, o pojedynku pod Ileuthar i o powodzi, która zatopiła największe państwo ludzi.

Otchłań połknęła Oskana i jego pobratymców, Domivar nie żył, a Wojna Bogów się skończyła. Można by pomyśleć, że teraz nastanie spokój. Nastał – ale nie na długo i nie taki, jak kiedyś.

Część pierwsza: kruchy pokój

Świat po wojnie

Po wygnaniu Wicked Ones na świecie zapanowało coś, co od biedy można było nazwać pokojem. Z pokojem z Czasu Światła nie miało to jednak wiele wspólnego.

Po ziemi chodziły nowe, straszne zagrożenia, z orkami i ich pobratymcami na czele. Świat zmienił kształt. Wielkie królestwa legły w gruzach, a niejedna osada, region, a nawet całe imperium zostały zniszczone albo odcięte od reszty świata. Najgorzej ucierpiało jednak coś, czego nie widać na mapie: zaufanie. Więzi, które przez wieki łączyły elfy, ludzi i krasnoludy, pękły i nigdy już nie wróciły do dawnej siły. Każdy lud patrzył teraz przede wszystkim na siebie. Spory szybciej niż kiedyś przeradzały się w bitwy, bitwy w wojny, a do tego trzeba było odpierać najazdy złych stworzeń. Świat stał się okrutniejszy.

A potem przyszło zimno.

Zima, która się nie kończy

Na początku wyglądało to po prostu na wyjątkowo paskudną pogodę. Plony zawodziły. Poziom mórz zaczął opadać, bo woda zamarzała w gigantyczne lodowe szelfy. Śnieg i lód, które zwykle trzymały się szczytów najwyższych gór, zaczęły powoli, ale nieubłaganie schodzić w doliny.

W ciągu roku lód pokrył dużą część Pannithoru. Zniknęły pory roku. Świat utknął w bezlitosnej, niekończącej się zimie.

Część druga: Winter

Kto za tym stał

Źródło tej nienaturalnej zimy odkryły elfy. Za wszystkim stała Winter – jedna z Wicked Ones, mroczne oblicze Lodowej Panny Shakary. Jakimś sposobem wydostała się z Otchłani i prowadziła teraz własną, powolną wojnę ze światem. Mściła się za swoje uwięzienie.

Elfy w tajemnicy wysłały posłów do ludzi i krasnoludów. Przyjęto ich chłodno. Oba ludy wciąż doskonale pamiętały, jakie nieszczęścia sprowadziły na nie elfy – a po historii z Lustrem Fenuliana trudno się temu dziwić.

Poselstwa miały jednak jeden skutek. Winter zorientowała się, że ją przejrzano. Przestała się ukrywać i uderzyła z całą mocą.

Armie lodu

Lodowce Winter ruszyły na cywilizowane ziemie, a przed nimi maszerowały armie dziwnych i przerażających stworzeń: lodowe olbrzymy, szronowe chochliki, lodowe demony. Na ich czele stało siedmiu rycerzy Winter – olbrzymie żywiołaki z ciała i szronu, spojone lodową magią i bezgranicznie oddane tej, która dała im życie. Mówi się też, że Wicked Ones zawarli wtedy pakt z olbrzymami z północy: poparcie w zamian za stałe poszerzenie ich ziem.

W obliczu takiego wroga dawne sojusze odżyły, choć były dużo słabsze i bardziej nieufne niż w dawnych czasach. Najdłużej opierały się krasnoludy. Dołączyły do ludzi i elfów wbrew sobie, dopiero gdy stało się jasne, że od tej walki nie da się uciec.

Na pomoc Shining Ones też nie było co liczyć. Większość swojej mocy zużyli w Wojnie Bogów, a niektórzy byli już tylko strzępami siebie samych, z rozproszoną uwagą i błądzącymi myślami.

Świat miał jedną prawdziwą nadzieję. Nazywała się Valandor.

Część trzecia: Valandor

Bohater trzech ludów

Valandor pojawił się wśród szlachetnych ludów po Wojnie Bogów i szybko zyskał uwielbienie wszystkich trzech. Co ciekawe, każdy lud widział w nim kogoś innego.

Dla Primovantian był ucieleśnieniem wszystkiego, co najlepsze w ludziach: wielkim wojownikiem, magiem i wodzem. Dla elfów – bratem, elfem, który z jakiegoś powodu żył z dala od swoich, ale wciąż był jednym z nich, genialnym artystą i magiem. Dla krasnoludów – bratnią duszą, rzemieślnikiem, którego kunszt robił wrażenie nawet na nich, i jedynym nie-krasnoludem, któremu naprawdę ufały i którego nazywały przyjacielem.

Valandor nikogo nie wyprowadzał z błędu. Tym bardziej nie chciał, żeby ktokolwiek odkrył, kim jest naprawdę: jednym z Shining Ones. A już zwłaszcza nie chciał, żeby wyszło na jaw, że jego mroczna połowa to jeden z najohydniejszych i najbardziej znienawidzonych generałów hord Otchłani. Szalony skryba Athalaneus, o którym pisaliśmy w drugiej części, twierdził, że chodzi o Ba'ela – i miał rację.

Po wojnie Valandor niestrudzenie próbował pogodzić ze sobą trzy ludy i szło mu całkiem nieźle. Aż Winter, jego „siostra” z dawnych celestiańskich czasów, odkryła karty.

Wszędzie naraz

W wojnie z Winter Valandor był dosłownie wszędzie. Każdy z ludów ma swoje legendy o tym, jak umacniał obronę, splatał zaklęcia i stawał do walki z wrogiem w otwartym polu. Inaczej się nie dało, bo Winter podporządkowała sobie same żywioły i mogła słać armie na drugi koniec świata.

Valandor wiedział jednak, że każda wygrana bitwa tylko odsuwa nieuniknione. Wojnę mogło zakończyć jedno: znalezienie Winter i starcie z nią twarzą w twarz. Kiedy ramię w ramię z elfami odpierał pod Lethuią legion lodowych olbrzymów, wiedział, że ta bitwa niczego nie rozstrzyga. Kiedy dowodził garnizonem w Sathoi przeciw dziesięciu tysiącom rozbrykanych szronowych chochlików, wiedział, że musi wygrać, i jednocześnie, że to zwycięstwo nic nie zmieni. Kiedy pomagał wznosić umocnienia w Dolgarth przeciw nacierającym lodowcom, wiedział, że to nigdy nie wystarczy.

Przed Powodzią Valandor pokonał też samego Ba'ela, jednego z najstraszniejszych wodzów Otchłani, i zamknął go w wiecznym więzieniu pod ruinami Du'lan Var – ostatniej cywilizacji, którą Ba'el zrównał z ziemią. Walczył wtedy z własnym bliźniakiem.

Winter była sprytna. Ukrywała się i wysyłała do walki swoje sługi. Doskonale wiedziała, że Valandor jest jej jedynym prawdziwym przeciwnikiem, i nie zamierzała stanąć z nim do otwartej walki, dopóki go nie wykończy. Rzucała na niego armię za armią, a za armiami sunął lód, pokrywający wszystko, co napotkał. Wojna ciągnęła się latami, a świat powoli dusił się w lodowym uścisku.

Pojedynek pod Ileuthar

Przełom przyszedł pod Ileuthar. Valandor odpierał tego dnia już piątą szarżę lodowych demonów, kiedy się potknął. Osłaniające go zaklęcia zachwiały się, a on opadł na jedno kolano.

I wtedy pojawiła się Winter. W płaszczu z lodowych sztyletów, z oczami płonącymi zimnym ogniem i paskudnym uśmiechem na ustach. Szła w jego stronę, a w jej dłoniach zbierała się moc. Elfy patrzyły na to w przerażeniu.

Valandor czekał do ostatniej chwili. Dopiero gdy z palców Winter wysnuło się lodowe ostrze i zawisło o włos od jego głowy, zerwał się i uderzył w nią z całą siłą swojego nieśmiertelnego ciała i swojej mocy. Winter zatoczyła się do tyłu, zaskoczona i wściekła. Na tę chwilę Valandor czekał całymi miesiącami i nie zamierzał jej zmarnować.

Rozpętała się prawdziwa walka. Dwoje półbogów zmagało się na wszystkich planach naraz: magicznym, umysłowym i fizycznym. Żołnierze obu stron opuścili broń i tylko patrzyli. Winter miała przewagę świeżych sił, bo Valandor walczył bez przerwy od lat. On za to miał doświadczenie. Zmierzył się z każdą bestią, jaką na niego nasłała, żadna z jej sztuczek nie mogła go już zaskoczyć, a znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że sama siła nie da jej zwycięstwa. Naciskał, a ona, coraz bardziej sfrustrowana, zaczęła popełniać błędy.

Kiedy nadarzyła się okazja, Valandor się zawahał. Nawet po tym wszystkim nie potrafił tak po prostu zabić kogoś ze swoich. Trzymał ostrze na jej szyi i czekał na przekleństwo albo błaganie o litość. Winter tylko patrzyła na niego z morderczą nienawiścią i uśmiechała się szyderczo. A potem posłała mu obraz prosto do głowy: śmierć jego braci i sióstr z czasów Wojny Bogów – wielu z nich zginęło z jej ręki.

Valandor pchnął.

Winter rozprysła się w chmurę lodowych odłamków w oślepiającym błysku magii. Nad polem bitwy poniósł się gorzki śmiech. A zaraz potem od strony lodowców dobiegł pierwszy złowrogi pomruk.

Valandor od razu zrozumiał, co to znaczy. Winter związała swój pożerający świat lód z własnym ciałem i duszą. Skoro ona zginęła, lód też nie miał czego się trzymać – i zaczął topnieć w zupełnie nienaturalnym tempie.

Zaczęła się Wielka Powódź.

Część czwarta: Ostatni Dar Winter

Powódź

Valandor, wyczerpany niemal do granic, znów rzucił się na ratunek światu. W Therennia Adar wzniósł potężny mur, który ocalił przed wodą wewnętrzne miasto – ale niewiele więcej. Pod Basileą zatrzymywał i zawracał wodę, gdzie tylko mógł, a mimo to ogromne połacie dawnego Primovantoru przepadły pod falami. Z tej powodzi narodziło się nowe morze: Infant Sea.

Wszędzie, gdzie się pojawił, Valandor ratował tyle samo, ile tracił. Dużą część dawnego świata, i tak już okaleczonego przez Wojnę Bogów, pochłonęła nienaturalna powódź – Ostatni Dar Winter. Wielkie straty poniosły także elfy, którym woda zabrała mnóstwo ziem i istnień.

Koniec Republiki

W całej tej historii jest pewna gorzka ironia. To Najwyższy Konsul Primovantoru naciskał najmocniej, żeby skończyć z Winter. I właśnie tym przypieczętował los własnego kraju.

Republika i tak była już wtedy w kiepskim stanie. Wojna Bogów spustoszyła dużą część jej ziem, a rozdarcie Celestian uderzyło w nią mocniej niż w jakiekolwiek inne miejsce na świecie. Epoka Lodu dokończyła dzieła. Prowincje na północ od gór Dragon's Teeth lód starł na miazgę, a bogate ziemie na południu zalało morze. Najwyższy Konsul nie żył, kraj leżał w ruinie, a powódź była ostatnim ciosem dla chwiejącej się Republiki. Jej resztki rozpadły się na zwaśnione państewka i wiele z dawnej wiedzy przepadło. Niektórzy mówią wręcz, że zatonięcie było dla Primovantoru swego rodzaju łaską – zmyło z powierzchni ziemi rozdęty, rozbity na kawałki cień dawnej potęgi.

Przetrwała garstka tej chwały. Wschodnia część Republiki, Basilea, istnieje do dziś, choć jest dużo mniejsza i dawno przestała być republiką – to teraz Hegemonia, przywiązana do tradycji aż do przesady. Bliźniacze miasta Primantor i Golden Horn, wzniesione na górskich skałach, oparły się wodzie. Primantor stoi do dziś jako pomnik szaleństw tamtej epoki, a Golden Horn stał się centrum odrodzenia ludzkości.

Jak zmieniła się mapa

Kto porówna mapy sprzed Wojny z Winter z dzisiejszymi, ten zobaczy skalę katastrofy. Tam, gdzie kiedyś rozciągało się serce Primovantoru, dziś jest morze, a zachodnia część tego morza nosi na mapach nazwę Zatopionej Republiki. Na dnie leży Vantoria, kiedyś zwana Miastem Żarliwej Doliny. Primantor, Miasto Wysokiego Szczytu, przetrwał na swojej skale. A Golden Horn nosił kiedyś zupełnie inną nazwę: Antanavor.

Śmierć bohatera

A Valandor? W szaleństwie wrzących mórz i zalewanych równin w końcu porwały go fale. Nikt nie wie, w którym dokładnie momencie przegrał z żywiołem. Nikt też nie wątpi, że bez niego z dawnego świata ocalałoby dużo mniej.

Jego ciało odnaleziono w pobliżu Brokenwall Islands i z pełnymi honorami przeniesiono na szczyt Wieży Walldeep. Leży tam do dziś na wysokim, zdobionym cokole, na rzeźbionym łożu – nietknięte przez czas, jakby Valandor tylko spał. Co roku przybywają do niego miliony pielgrzymów, żeby oddać cześć Bohaterowi Wojny z Winter.

Jego pamięć żyje zresztą nie tylko w wieży. W Golden Horn działa Order of the Ardent Light, zakon magów, który przyjmuje uczniów wyłącznie ze szlacheckich rodów, mogących wywieść jakiś związek z samym Valandorem.

Świat znów się zmienił. Elfy, ludzie i krasnoludy musieli zaczynać od nowa, a siły ciemności już ostrzyły sobie zęby. O tym, jak wygląda Pannithor po Powodzi – i o najnowszej, najbardziej przerażającej wojnie z Otchłanią – opowiemy w następnej części Kronik.

Artykuły piszemy po godzinach, bez reklam. Jeśli ten Ci się przydał, ☕ postaw nam kawę.

Komentarze (0)

Nikt jeszcze nie skomentował.

Komentować mogą zalogowani gracze. Zaloguj się